From Category: Bielenda

poniedziałek, 3 października 2016





Mój ukochany kompan, który przechowywał mnóstwo wspomnień, wieczorów spędzonych na pisaniu i dni przed obiektywem niestety odszedł... To znaczy jego serce odmówiło posłuszeństwa, a to w nim znajdowało się wszystkie najcenniejsze sekrety i mnóstwo, mnóstwo moich prac. Z laptopem jeszcze się nie pożegnałam, bo mój lekarz-informatyk już wykonał transplantację i mam nadzieję, że od teraz uda mi się wrócić do regularnego pisania. Dziś przychodzę z trochę spóźnionymi nowościami Rossmanna, bo nie mam zamiaru znowu zaniedbać tego tematu i bardzo chcę by post z tej serii ukazał się, chociażby w październiku. Więc w końcu na swoim, z moją mniej dźwięczną klawiaturą piszę o świeżych produktach na półkach jednej z moich ulubionych drogerii. W sierpniu obyło się bez kosmetycznej rozpusty, bo wybrałam sobie bardzo małą paczkę, w większości wypełnioną rzeczami dla synka i do zrecenzowania miałam tylko trzy nowości. Postanowiłam więc dodać jeszcze kosmetyki z okresu, w którym posta z tej serii nie było. Może nie będą to jeszcze gorące, mało znane produkty, ale na pewno nie zdążyły Wam się znudzić :)

środa, 24 sierpnia 2016


Olejek, o którym dziś postanowiłam opowiedzieć pewnie zna już większość z Was (jak nie wszyscy). Sławny był już zanim pojawił się w sprzedaży, a zniecierpliwiony tłum nie mógł doczekać się, gdy te kolorowe i cudnie wyglądające produkty trafią do drogerii. Mnie ominął wielki szał, bo kosmetyk ten posiadałam jeszcze nim usłyszał o nim świat. Cieszę się, że jako ogromna fanka kiedyś znienawidzonych olejków, mogłam podejść do niego  na chłodno, bez szufladkowania i uprzedzeń, bo chociaż nigdy się nimi nie kieruję, to jednak zawsze z tyłu głowy pozostają ciągle powtarzające się recenzje. Multifazowy olejek od Bielendy zdecydowanie królował wśród ostatnich ulubieńców i uznawany był za hit lata, jeżdżąc w ciasnym bagażu po całym świecie. W moim też znalazło się dla niego trochę miejsca, ale czy ten piękny produkt spoczywał pod stertą ubrań, bo bez niego nie wyobrażałabym sobie podróży? A może był tylko pasażerem na gapę? Już nie mogę doczekać się by Wam o tym opowiedzieć. 

poniedziałek, 25 lipca 2016




 Wraz z latem nadchodzą (miejmy nadzieję) gorące dni, a po nich w następstwie ciepłe wieczory, które przynoszą odpoczynek od upałów, ale wciąż uwalniają od kurtek. Wystarczy zarzucić jakiś kardigan czy cieniutki sweterek, dobrać do tego “zakryte” buty, a torbę plażową wymienić na coś bardziej eleganckiego i już wieczorny look gotowy. Wybaczcie, że piszę jakbym się znała na modzie, bo tak naprawdę nie mam o niej pojęcia, a wzmianka o ubraniach miała jedynie świetnie pasować do wstępu, w którym pragnę wspomnieć, że całość najlepiej dopełniłaby opalenizna :)  Strój kąpielowy, letnia sukienka, szorty, wszystko to zawsze lepiej prezentuje się na muśniętym Słońcem ciele. Opalenizna dodaje pewności siebie, tuszuje niedoskonałości skóry i cery oraz przyswojona z głową pozwala wyglądać zdrowiej i radośniej. Czasy palonej na czarno skóry w solarium na szczęście już są odległe i coraz mniej osób z nich korzysta, a kiedyś przeznaczone tylko dla odważnych samoopalacze, ulepszone zaczęły zdobywać serca wielu kobiet. Bo przecież nie wszystkie mogą lub lubią leżeć na Słońcu. Wiem, że są marki, które bezkonkurencyjnie wiodą prym w tej kategorii, ale wcale nie ogranicza mnie to przed dalszą eksploracją. Dziś przedstawię Wam produkt marki Bielenda, który nie jest zwykłym samoopalaczem. Producent nazywa go koncentratem, który nie tylko daje efekt skóry muśniętej Słońcem, ale też ma za zadanie nawilżać i pielęgnować. Zbyt piękne by było prawdziwe?

Bielenda Argan Oil Koncentrat Brązujący

  
  Szklana buteleczka w koncentracie Bielenda jest mała i na pewno nie pasuje do sporo większego kartonika, który troszkę może oszukać oko przy zakupie. Gdyby ktoś się tym drobnym oszustwem rozczarował, to na pewno uśmiech przywróci mu pipetka, która świetnie dozuje produkt, jest mała, urocza, higieniczna i nie da się na nią narzekać. Z zapachem tego koncentratu było u mnie naprawdę różnie. Raz przypominał woń typowych, prototypowych samoopalaczy, by następnie przestał drażnić nos i stał się przyjemny oraz całkiem znośny. Czasami nawet nawiązywał do palonego orzecha laskowego. Wiem, że taki opis troszkę brzmi jak bełkot i wcale Wam wiele nie mówi, ale w tym wypadku wszystko zależy od wrażliwości nosa i personalnych upodobań zapachowych. Tylko jeśli same się z nim skonfrontujecie , będziecie wiedzieć w jakiej kategorii go zakwalifikować i czy dacie radę się z nim polubić.


 Koncentratu raczej nie zaszufladkowałabym jako produktu opalającego. On jedynie lekko brązuje, ale na pewno nie opala. Efekt jaki nim uzyskacie to delikatny pocałunek Słońca, a nie długa kąpiel w jego promieniach. Już po pierwszej aplikacji widać różnicę w kolorze skóry (nie u każdego), ale nie jest ona diametralna i nie sprawi, że znajomi będą Cię podejrzewać o wakacje w gorącej Grecji. Producent sugeruje mieszanie koncentratu razem z ulubionym kremem, ale ja wtedy nie zauważałam żadnych efektów i tylko aplikowany solo dawał znać, że faktycznie jest na skórze. Skłamałabym pisząc, że na pewno nie zrobicie sobie nim krzywdy. Nieperfekcyjna aplikacja dała o sobie znać tylko, gdy używałam produktu bezpośrednio z pipetki na skórę. Nie było to jednak okropne pomarańczowe plamy, których niczym nie dała się zakryć i zmyć, a jedynie lekko zauważalna różnica w kolorze cery. Koncentrat najlepiej sprawdza się dopiero, gdy po wylaniu na dłoń (bardzo mała ilość) z pomocą palców wędruję na twarz. Podążając za tą instrukcją zawsze wyglądał idealnie i nic nie mogłam mu zarzucić. Każdego dnia moja twarz prezentowała się lepiej i zdrowiej, a ja z radością pożegnałam ziemisty i zmęczony wygląd, który zawsze sprawiał, że zdawałam się bardziej znużoną niż to miało miejsce w rzeczywistości. Dodatkowo oprócz lekko przybrązowionej skóry zyskałam również nawilżenie bez zapychania i wyprysków. Koncentrat ekspresowo się wchłania i nie pozostawia po sobie tłustej warstwy, a jedynie miękką i gładką cerę. Nie nakładałam go jednak pod makijaż i nie jestem w stanie stwierdzić czy się pod niego nadaje, ale zauważyłam, że naturalnie skóra troszkę szybciej się po nim zaczyna świecić.


 Argan Bronzer od Bielendy szybko zdobył moje serce i na pewno nie zabraknie go w tegorocznej, letniej kosmetyczce. Czytałam sporo zażaleń oraz skarg na temat tego produktu i znalazły się też takie dziewczyny, które oskarżały go o brak jakiegokolwiek działania. Nie jestem w stanie stwierdzić skąd takie odczucia, bo nie posiadam trupio bladej twarzy, a mimo to zauważyłam efekty już po pierwszym użyciu. Co więcej według mnie to jeden z lepszych produktów w tej kategorii i pokonał dużo droższe od siebie marki. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie pasował każdemu, ale myślę, że warto podjąć ryzyko :)


Koniecznie dajcie znać co o nim myślicie :)

czwartek, 2 czerwca 2016


 Neurokosmetyki pewnie zna każda z Was, chociaż pojęcie to nie jest już tak rozpoznawalne. Produkty, które noszą tą ładnie i mądrze brzmiącą nazwę zawierają substancje oddziałujące na zakończenia nerwowe zlokalizowane w skórze. Tak na chłopski rozum mówiąc sprawiają, że odczuwamy zimno lub ciepło, mimo iż temperatura otoczenia nie ulega zmianie. Najbardziej popularna i pewnie każdemu znana substancja to mentol, który chłodzi i działa znieczulająco. Obecnie tego typu składniki wykorzystywane są w preparatach antycellulitowych, przeciwzmarszczkowych czy antytrądzikowych. Bielenda postanowiła zamknąć popularne zabiegi w zgrabnych i kolorowych tubkach by pomogły nam w walce z cellulitem i pozwoliły znowu odzyskać jędrne ciało. Tak oto narodziła się seria Slim Cellu Corrector, w której skład wchodzą: Wyszczuplająca Radiofrekwencja RF, Wygładzająca Krio Mezoterapia i Ujędrniająca Karboksyterapia CO2. Już przy poście o peelingach Barwy Harmonii pisałam wam, że nie wierzę w rzeźbienie czy ujędrnianie ciała za pomocą kosmetyków. To samo tyczy się cellulitu. Aby balsamy przyniosły jakiekolwiek efekty muszą służyć jako wspomagacz do ćwiczeń, a nie jego substytut. Czy zatem znalazłam sens w używaniu serii korygującej od Bielendy


poniedziałek, 9 maja 2016



"Nie bój się tego, co nowe-chociaż Ci miły spokój". A ja sądzę, że właśnie ten spokój jest mi teraz potrzebny, bo szafki uginają się pod ciężarem nowych kosmetyków, które zalegają w każdym kącie i zaczynają straszyć nawet mnie. Stało się jednak i dziś przychodzę do Was z postem pełnym nowości. Na moim blogu tego typu wpis pojawił się prawdopodobnie tylko raz, ale postaram się to nadrobić, bo wiem, że to jedne z najbardziej lubianych notek :) Usiądźcie więc wygodnie, bo zabieram Was do krainy pełnej kolorowych kosmetyków i pięknych zapachów, które tym razem musicie sobie wyobrazić :) 



poniedziałek, 11 kwietnia 2016



 Słysząc słowo algi morskie, na myśl przychodzi mi piękna rafa koralowa z wymyślnymi kształtami, rozgwiazdami, płaszczkami i zachwycającym dywanem kolorów. Podczas, gdy one z pięknością raczej nie mają za wiele wspólnego (choć mogą się podobać), bo to nic innego jak zielone glony, tak ładnie nazywane plechami lub właśnie algami. Przypisuje im się cudowne, wręcz magiczne działanie. Słyszałam już o odmładzaniu, wyszczuplaniu upiększaniu i leczeniu. Obietnica ta brzmi co najmniej tak jakby tylko one nam do szczęścia były potrzebne, bo przecież spełniają wszystko to o co każda kobieta prosi każdego wieczora klęcząc u stóp łóżka i ze złożonymi rękami i wzrokiem skierowanym w niebo :) Nie wydaje Wam się, że brzmi to trochę jak z reklamy, która niewiele ma wspólnego z prawdą? 




INSTAGRAM

Land of Vanity. Theme by STS.